3 października 2011

Wpis dwunasty

Koniec czegoś, to obietnica na dobry, nowy początek.

Ostatnio śniłam o różnych końcach różnych historii. Moich. Nigdy nie wiemy jak nasze życie się potoczy, kogo spotkamy na naszej drodze. Kto nas uszczęśliwi, a kto złamie nasze serca. Może jutro wylądujemy na zimnej ulicy, a może staniemy się milionerami cudzych marzeń.
Po cichu jestem milionerką. Mam miliony marzeń, których prawdopodobnie nigdy nie spełnię. Nie pytaj mnie czemu, bo sama tego nie wiem. Po prostu to czuję, tu gdzie ciało zawsze drży najczęściej.

Ostatnio myślami ciągle wracam do wielu obrazów, które powciskałam do zakurzonych kartonów. Nadziwić się nie mogę ile od tamtych chwil się pozmieniało. U nich, w naszych życiach, we mnie. Mam wrażenie, że utknęłam, że stoję gdzieś w tyle i nadal słyszę echa przeszłości, stanowczo zbyt wyraźnie. Patrzę na siebie kiedyś i patrze na siebie teraz. I co widzę? To samo zagubienie? Tę samą pustkę? Nie, widzę koniec i początek. Piękna para, tak bardzo różna, jednocześnie tak bardzo spójna. Rozpamiętuję decyzje, mniej i bardziej trudne wybory. Drogi się zamazują, dźwięki bledną. Twarze giną w odmętach czerni zapomnienia. To marzenie? Może tak, a może i nie. Przeszłość i przyszłość. Może teraźniejszość?

Wiem tylko, że coś się skończyło...
Wiem, że czas iść dalej...

Koniec czegoś, to obietnica na dobry, nowy początek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz