Czasem mam wrażenie, że najpiękniejsze wspomnienia powstają w naszej wyobraźni. Dlatego tak ciężko jest nam się uwolnić od uczuć, najskrytszych pragnień. Pielęgnujemy w naszych głowach to, co sami wyhodowaliśmy. Nasz kwiat przeszłości rozrasta się, uwodzi swą okazałością, kolorem, zapachem. Jest subtelny, ale i wyrazisty. Ma w sobie tę magię, której tak bardzo nie mogę pojąć. Jest enigmatyczny, pociągający, niczym nieodkryty i dziki gatunek rosiczki. I podobnie jak ona równie zdradziecki. Chwilami nasz umysł nas zawodzi, stwarza toksyczne obrazy, tak bolesne, że mamy ochotę wyrwać je sobie z głowy wraz z korzeniami. Po tym okresie rozrostu i największego uwodzicielstwa nasz kwiat umiera. Czasem jest to naturalny bieg zdarzeń, zmieniamy się, a wraz z nami niektóre interpretacje. Ważne sprawy przestają nimi być, stają się błahostkami, niewidoczną blizną po kolcu róży. Czasem zdarza się, że ktoś odwraca naszą uwagę i zapominamy pielęgnować pewne kwiaty wspomnień. Stwarzamy nowe w naszym ogrodzie przeszłości, czasem wyrastają piękne, czasem słabe i marne. Zdarza się też i tak, że nie ma nikogo, kto by chciał odwiedzać naszego ogrodu i pobudzać swoim dotykiem płatków myśli, kogoś kto by pragnął schylić się i powąchać odrobinę tego rozkosznego zapachu przeszłości, osiadłego na pręcikach. W naszym ogrodzie wspomnień wyrasta coraz mniej kwiatów, coraz silnej czuć wiatr zapowiadający bliską pustkę. Ogród umiera, aż w końcu zamykamy go na klucz. Nie ma już niczego co moglibyśmy wspominać, stajemy się wewnętrznie puści. Przeszłość gdzieś gubi się za nami. Wtedy pozostaje czekać, aż zjawi się ktoś, może niewinna istotka, która zechce odszukać starej i zardzewiałej furtki do ogrodu. Może to ta osóbka, będzie naszym małym ogrodnikiem. Może dzięki niej ziemia odrodzi się, a promienie słonecznej nadziei będą ogrzewać młode, żywe i przepełnione blaskiem kwiaty wspomnień.
Wspominamy tylko to, co nigdy się nie wydarzyło.