2 maja 2011

Wpis czwarty.

Egzystencjalny bełkot, egzystencjalne nic.

Mój wewnętrzny rak gdzieś się schował. Ukrył się i wyżera tkanki warstwami. Jedna po drugiej. Moje życie wciąż blednie, albo jakieś jego fragmenty. Wciąż mam uczucie, że się powtarzam. Nudzę sama siebie, moje istnienie jest zbyt surrealistyczne. Tak jakbym miała dwa światy: ten tutaj jaki opisuję, zbuntowany i przesycony codziennym gównem. Ten, w którym nie potrafię patrzeć na siebie, bo nienawiść każe robić mi złe rzeczy. Ten bezwolny i bezkształtny, rozsypany nie wiadomo jak bardzo i nie wiadomo gdzie. Zbyt długo tkwię w mojej własnej głowie. Ale z kolei tego drugiego świata nienawidzę jeszcze bardziej. Życie ma reguły, które nie są moimi regułami, ale muszą się nimi stawać bym mogła funkcjonować, by nikt nie nazywał mnie pomyloną i nienormalną. Dualizm mnie wykańcza, moje otoczenie także. Czasem myślę sobie, że może jestem bardziej chora niż mi się wydaje, że może to wszystko dzieje się tu: w mojej głowie. Cały chaos i burdel, absurd egzystencji, absurd wszystkiego. Co dzień zadaję sobie pytanie ile jeszcze mnie czeka i ile wytrzymam zanim naprawdę nie oszaleję, zanim moje podniecenie jakie wynika z bliskości przejeżdżającego pociągu nie pęknie i w końcu nie skoczę pomiędzy te głośne i brudne, żelazne pudła. Gówno. Nic mnie nie cieszy, na okrągło myślę o śmierci, pisze wiersze w pięć minut o cierpieniu, szyderstwach i rozczarowaniu. Nie wiem gdzie to się we mnie rodzi, ani czy umiera tak jak wszystko co moje. Boję się czasem, tego co się tu dzieje, w głowie. Mam różne przebłyski i wizje, fragmenty obrazów. Dziwnych i strasznych obrazów. Dźwięki się przeplatają, myśli eksplodują. A ja nadal nic nie rozumiem.
Myślę o tym by się zakochać. Bo może skoro ja nie potrafię pokochać siebie, to może zrobi to ktoś inny. Może innym potrafię dać coś, czego nie daję sobie. Chyba bym chciała dotknąć znowu ciepłych dłoni i zapomnieć, że jestem nikim. Mam chore serce, chory umysł. Coraz więcej się rozmywa wokół i nie ma nikogo, żadnego realnego głosu, który by mnie chciał dobudzić. Chcę sensu, tylko tyle. Ale wciąż go nie ma.

Egzystencjalny bełkot, egzystencjalne nic.

5 komentarzy:

  1. Hmm, chociaż jakie byłoby to cierpienie, które przeżywasz, nie wolno się poddawać i myśleć o nadjeżdżającym pociągu, czyż tak nie robi tchórz ? ; > Staraj się dostrzegać coś optymistycznego, chociaż malutki cień. Każda sytuacja ma jakieś swoje plusy. Albo po prostu wziąć się w garść i pokazać, że jest się silnym i nic nas nie rozpierdzieli.

    OdpowiedzUsuń
  2. A jaki sens ma udawanie siły? Czy to nie hipokryzja? Wiedzieć, że jest się słabym, a grać ponad własne siły?

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak na moje oko, to sobie wmawiasz, że jesteś słaba. Wystarczy w siebie uwierzyć. Staraj się odnaleźć sens życia.

    OdpowiedzUsuń
  4. Póki co kiepsko z tym sensem. Wszystko działa na zasadzie 'doczepiania' się do czegoś, by potem znów znaleźć inny, równie beznadziejny obiekt zainteresowania.
    Najgorzej jest, że nie wiem, które "ja" ma ze sobą większy problem.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiesz, może dobrze by było gdybyś doczepiała się różnych rzeczy, jeździć gdzieś, poznawać nowych ludzi. Szukać. A co do Twojej osobowości, powinnaś zastanowić się co jest Twoim największym problemem i wtedy spróbować go zwalczyć.

    OdpowiedzUsuń