30 maja 2011

Wpis szósty.

Myślę, że jesteśmy przerażeni.

Znowu mam te sny. Wszystkie złe sny, które wykańczają mnie nocą. Zastanawiam się czy to tak już jest, że mój umysł płata mi figle, czy może gdzieś podświadomie obawiam się tego co tam widzę. Dużo krwi, bólu i cierpienia. I to uczucie przerażenia, tak realne i namacalne. Kiedy się budzę czuję jak serce szybko mi bije, czuję słodko-kwaśny pot gwałciciela na sobie. Chcę się wydostać z tego koszmaru. Mija chwila zanim orientuję się, że już nie śnię, że jestem bezpieczna. Przewracam się z pleców na bok, zaciskam pościel między udami i nasłuchuję szumu wiatru za oknem. Uspokajam się.
Ogarnia mnie spokój, cisza wypełnia płuca. Żyję.

Zamykam oczy, skupiam myśli na czymś przyjemnym i czuję delikatne mrowienie... Zasypiam. Nie wiem o czym śnię, jednak się nie budzę. Mijam setki ludzi, całe tłumy pełznące w betonowej dżungli. Wszyscy są anonimowi, wszyscy są obcy, wszyscy śmierdzą. Jestem w lesie lub starej kamienicy. Znowu widzę jego twarz. Jest zamazana, rysy twarzy się rozmywają, nawet nie wiem czy go znam. Rozpoznaję ten duszny zapach. Chcę uciec, ale nie mam dokąd.

Umieram. Umieram w sobie, po raz kolejny.

Myślę, że jesteśmy przerażeni.

10 maja 2011

Wpis piąty.

Wszystko, co robimy by utrzymać się przy życiu.

Można robić cokolwiek. Tylko by czuć słońce i wiatr na twarzy, może piasek lub trawę pod chłodnymi i sztywnymi stopami. To wszystko dookoła jest takie namacalne. Wszelkie kolory, zapachy i dźwięki. Patrzę na swoje grube dłonie - drżą, sama nie wiem dlaczego. Po raz kolejny próbuję opisać to co widzę i czuję. Ale znowu chyba brak mi słów. Może to nie ma najmniejszego sensu, bo może tych najistotniejszych spraw nie da się opisać, nadać im form i odpowiednich znaczeń. Może chodzi o wieczne ich poszukiwanie, a może po prostu ich nie ma. Nie wiem. Zbyt wiele rzeczy mi ucieka. Czuję taki wewnętrzny spokój, ciszę... jakby wszystko się układało we mnie. Ale to nie ma kompletnie żadnego odbicia w rzeczywistości, dalej działam chaotycznie, gram ludziom przepiękną i bajeczną symfonię na nerwach. Już nawet nic mnie nie przeraża, nawet pustka, brak czegoś lub przepełnienie. Tak nijak dziś, choć na bylejakość wcale się nie zanosi. Zbyt wiele słów, głupich i nic nie znaczących. Jak twarze. Te mijane na ulicy, w pociągu.
Pamiętam jak potrafiłam leżeć godzinami i patrzeć się w sufit na plamę w kolorze cappuccino. Ile tam widziałam! Niestworzone historie, sylwetki i cienie. Ile razy się wzruszałam smętną muzyką z głośników... ile razy powtarzałam, że to nie ja jestem beznadziejna, że to świat jest gównem. Nie wiem teraz ile z tego było prawdą, a ile sobie zmyśliłam.
Pamiętam sprzeczne słowa mojego taty... i mam w sobie tyle samo sprzecznych emocji teraz. Są rzeczy, które wracają ciągle do mnie, ciągle w mniejszym znaczeniu. Są błahe, wszystko jest błahe. Ale walczę o to wszystko, bo może spotka mnie mały uśmiech.
Pamiętam też panikę i strach. Uczucia te przykleiły się do mnie, przyssały boleśnie. Czasem wydaje mi się, że nie potrafię bez nich żyć. Tyle rzeczy sobie wymyślam. Może siebie też zmyśliłam. Moją autentyczność, moją nijakość lub wielkość. Chciałabym stanąć obok i spojrzeć obiektywnie na siebie. I zrobić kolejną głupią listę wad i zalet. A potem ją spalić, razem ze wszystkimi złymi wspomnieniami. Kręcę się w kółko. Też zauważyłeś, przypadkowy bloggerze, że piszę zawsze to samo?

Nic, co robimy by utrzymać się przy życiu.

2 maja 2011

Wpis czwarty.

Egzystencjalny bełkot, egzystencjalne nic.

Mój wewnętrzny rak gdzieś się schował. Ukrył się i wyżera tkanki warstwami. Jedna po drugiej. Moje życie wciąż blednie, albo jakieś jego fragmenty. Wciąż mam uczucie, że się powtarzam. Nudzę sama siebie, moje istnienie jest zbyt surrealistyczne. Tak jakbym miała dwa światy: ten tutaj jaki opisuję, zbuntowany i przesycony codziennym gównem. Ten, w którym nie potrafię patrzeć na siebie, bo nienawiść każe robić mi złe rzeczy. Ten bezwolny i bezkształtny, rozsypany nie wiadomo jak bardzo i nie wiadomo gdzie. Zbyt długo tkwię w mojej własnej głowie. Ale z kolei tego drugiego świata nienawidzę jeszcze bardziej. Życie ma reguły, które nie są moimi regułami, ale muszą się nimi stawać bym mogła funkcjonować, by nikt nie nazywał mnie pomyloną i nienormalną. Dualizm mnie wykańcza, moje otoczenie także. Czasem myślę sobie, że może jestem bardziej chora niż mi się wydaje, że może to wszystko dzieje się tu: w mojej głowie. Cały chaos i burdel, absurd egzystencji, absurd wszystkiego. Co dzień zadaję sobie pytanie ile jeszcze mnie czeka i ile wytrzymam zanim naprawdę nie oszaleję, zanim moje podniecenie jakie wynika z bliskości przejeżdżającego pociągu nie pęknie i w końcu nie skoczę pomiędzy te głośne i brudne, żelazne pudła. Gówno. Nic mnie nie cieszy, na okrągło myślę o śmierci, pisze wiersze w pięć minut o cierpieniu, szyderstwach i rozczarowaniu. Nie wiem gdzie to się we mnie rodzi, ani czy umiera tak jak wszystko co moje. Boję się czasem, tego co się tu dzieje, w głowie. Mam różne przebłyski i wizje, fragmenty obrazów. Dziwnych i strasznych obrazów. Dźwięki się przeplatają, myśli eksplodują. A ja nadal nic nie rozumiem.
Myślę o tym by się zakochać. Bo może skoro ja nie potrafię pokochać siebie, to może zrobi to ktoś inny. Może innym potrafię dać coś, czego nie daję sobie. Chyba bym chciała dotknąć znowu ciepłych dłoni i zapomnieć, że jestem nikim. Mam chore serce, chory umysł. Coraz więcej się rozmywa wokół i nie ma nikogo, żadnego realnego głosu, który by mnie chciał dobudzić. Chcę sensu, tylko tyle. Ale wciąż go nie ma.

Egzystencjalny bełkot, egzystencjalne nic.