Znowu mam te sny. Wszystkie złe sny, które wykańczają mnie nocą. Zastanawiam się czy to tak już jest, że mój umysł płata mi figle, czy może gdzieś podświadomie obawiam się tego co tam widzę. Dużo krwi, bólu i cierpienia. I to uczucie przerażenia, tak realne i namacalne. Kiedy się budzę czuję jak serce szybko mi bije, czuję słodko-kwaśny pot gwałciciela na sobie. Chcę się wydostać z tego koszmaru. Mija chwila zanim orientuję się, że już nie śnię, że jestem bezpieczna. Przewracam się z pleców na bok, zaciskam pościel między udami i nasłuchuję szumu wiatru za oknem. Uspokajam się.
Ogarnia mnie spokój, cisza wypełnia płuca. Żyję.
Zamykam oczy, skupiam myśli na czymś przyjemnym i czuję delikatne mrowienie... Zasypiam. Nie wiem o czym śnię, jednak się nie budzę. Mijam setki ludzi, całe tłumy pełznące w betonowej dżungli. Wszyscy są anonimowi, wszyscy są obcy, wszyscy śmierdzą. Jestem w lesie lub starej kamienicy. Znowu widzę jego twarz. Jest zamazana, rysy twarzy się rozmywają, nawet nie wiem czy go znam. Rozpoznaję ten duszny zapach. Chcę uciec, ale nie mam dokąd.
Umieram. Umieram w sobie, po raz kolejny.
Myślę, że jesteśmy przerażeni.