Przyjaciel to osoba, dla której Twój uśmiech nigdy nie powinien gasnąć.
To niesamowite jak wielu przyjaciół możesz mieć i czuć się jednocześnie pustym i smutnym. Przynajmniej kilka razy w ciągu dnia zastanawiam się czym jest przyjaźń. Czy może jej prawidłowe wyobrażenie jest takie, jak reprezentuje tysiące osób: jest jeden prawdziwy przyjaciel i z nim chcę spędzać zawsze czas, jestem zazdrosnym o wszelkie jego inne kontakty, bo przecież on jest tylko mój. A może bardziej prawidłowe wyobrażenie, jest moje? Każdy przyjaciel jest inny, powinno się go akceptować takim jakim jest, nie ograniczać, wspierać. Ludzie są wolni, więc nie powinno się nakładać im dziwnych zobowiązań, zakazów i nakazów. Moich przyjaciół spotykam rzadko, ale wiem, że są gdzieś tam i czasem, jak tylko znajdą czas, pomyślą jak bardzo za mną tęskną i jak cudownie jest przytulić się do mnie i po prostu pomilczeć, po miesiącach rozłąki. Ich obecność obok mnie sprawia, że serce delikatnie drży z poruszenia i przejęcia: jesteś, w końcu jesteś. Bywają dni, w którym mam wielki żal do wszystkich, bo jestem tak bardzo samotna i czasem niezrozumiana. A może to po prostu ja uważam, że mnie nikt nie rozumie. Sama nie wiem. Ale są właśnie te dni, kiedy mam ochotę łapczywie zatrzymać ich przy sobie i poczuć, że ktoś potrafi mnie kochać taką dziwną, jaką nawet czasem nie potrafię być. I są osoby, które potrafią się szczerze uśmiechać i wybaczać mi moje złe myśli i podjęte decyzje. Patrzę na mijające lata i widzę kto dalej stoi ze mną ramię w ramię i boję się na myśl, że któregoś dnia oni wszyscy pójdą ścieżką, której już nie będę potrafiła odnaleźć. Albo, że pewnego dnia staniemy twarzą w twarz i to już nie będzie to samo, że coś zatraci swój sens i ciągłość, że to wszystko co razem kiedyś przeżyliśmy stanie się niczym ważnym. To przyjaciel, jak mało kto inny, nadaje wszystkiemu sens. Były osoby, które o każdej porze dnia i nocy potrafiły głaskać mnie po głowie i wycierać zbyt słone łzy z policzków. I były osoby, które tłumaczyły mi cały świat. Były osoby, które potrafiły zranić, ale mimo to, wszystko sobie wybaczaliśmy. Może to jest istotą przyjaźni: bezinteresowna miłość. Jednak z drugiej strony, może przetrwać temu uczuciu pozwala nieustający kontakt i fizyczna bliskość. Może rozmowa przez telefon nie jest tak samo ważna jak wypłakiwanie się na ramieniu? A więc może pierwsze wyobrażenie jest bardziej słuszne? Nie wiem. Czasami wydaje mi się, że nie ma obok mnie nikogo, ale wtedy zawsze przychodzi on czy ona, i śmiejąc się z czegoś czego jeszcze nie pojmuję, ściska mnie, bo dawno się nie widzieliśmy. Jak gdyby wszystkich moich myśli nigdy przedtem nie było.
Przyjaciel to osoba, dla której Twój uśmiech nigdy nie powinien gasnąć.
10 marca 2011
8 marca 2011
Wpis pierwszy.
Ta historia jest zbyt długa i nudna, bym chciała ją opisywać.
Mówią, że mamy tu i teraz. Mówią żyj chwilą. Moja przyszłość i teraźniejszość znajdują się w przeszłości. Jeśli nigdy nie zaznałeś bólu istnienia, nigdy nie zrozumiesz, czym jest życie nieustającą przeszłością. W moim świecie są tylko dwa czasy teraźniejsze i jeden przyszły: przeszły, przeszły i przeszły. Utknęłam wtedy, teraz i później. Czasem zastanawiam się czy szukałam, szukam i będę szukać drogi wyjścia, choć może tej wcale nie ma. Nie pytaj, nawet mnie, czym jest życie bez celu, bo tak naprawdę, to chyba nikt tego nie wie. Pewnie myślisz, że każdy ma jakieś cele i marzenia. Nie rozczaruję cię - każdy ma, o ile istnieje świadomie. Bo, wiesz czym jest istnienie nieświadome? To taki byt, w którym nie ma dokąd iść, bo tam już po prostu niczego nie ma. Człowiek jest wewnętrznie pusty. Mimo, że wciąż stara się wypełniać kolejnymi pojęciami: masochista, sadysta, perfekcjonista, altruista, socjopata, optymista, pesymista. Ale bez człowieka one nic nie znaczą, a i bez nich człowieka nie ma. Tak więc nigdy nie dogonisz własnych myśli, pragnień. Żyjesz z dnia na dzień złudnym przeświadczeniem, że przecież coś osiągasz. Tylko co? Cudze pragnienia, bezkształtne wyobrażenia. Ale człowiek nie istnieje, więc jesteś niczyj, nie należysz nawet do siebie. I tak pewnego dnia budzisz się, choć może wcale nie spałeś, i zadajesz sobie pytanie co dalej? Dalej? Tego też nie ma. Niczego już nie ma, może poza próżnią wypełnioną ignorantami i nieuformowaną masą uczuć. Ból istnienia, zdaje się być abstrakcyjnym pojęciem, skoro nie ma istnienia, nie powinno być bólu. Ale zbyt często mnie ogarnia, gdzieś tam w środku buduje swoją fortecę i degraduje mój i tak już wycieńczony umysł. Destrukcja, usłyszałam kiedyś. I od tamtej pory bardzo dobrze sobie to zapamiętałam. Mój stan mogłabym nazwać destrukcją. Ale chciałabym ją bardziej nakreślić, przypasować, umiejscowić. Przecież nie może tak wisieć nade mną jak chmura burzowa, chyba nie może. I już nie wiem czy to ja, czy ona, czy może Tamto. Więc Tamto, zdarzyło się kilka razy, pierwszego Tamto nie pamiętam. Byłam zbyt mała, albo mój proces degradacyjny objął już część wspomnień. Wszystko się czasami zamazuje. Widzę tylko zielenie, biele i drzewa, dużo drzew. Oprócz tego, szum wiatru, jakiś śpiew ptaków i coś jeszcze. Jedno uczucie, bardzo silne, jak mi moja logika sugeruje: radość. Inne rzeczy gdzieś zgubiłam. Czasem się gdzieś pojawiają, jak jakieś przebłyski. Słyszę wtedy tysiące głosów, dźwięków i czuję się tak odrealniona. Jak gdybym była w jakimś innym świecie albo jakbym to nie była ja. Sama już nie wiem. I nie wiem czym było Tamto, już nie pamiętam. Prawie nic nie pamiętam, oprócz... Mówię trzeba iść dalej. Mówię nie warto o nich wszystkich pamiętać. Tylko coraz bardziej czuję się zmęczona, tak strasznie zmęczona. Tysiące myśli na sekundę, tysiące nie poukładanych fragmentów, porozrzucanych gdzieś we mnie. Kilka nastrojów naraz. Czuję się tak jakby moje ciało więziło w sobie kilka zbłąkanych dusz. Czuję, że coraz ciężej mi oddychać, coraz gorzej mi patrzeć na twarze obcych, coraz wolniej myślę. Jestem bardzo zmęczona. Coraz częściej mam jedynie ochotę zasnąć, umrzeć.
Ta historia jest zbyt długa i nudna, bym chciała ją opisywać.
Mówią, że mamy tu i teraz. Mówią żyj chwilą. Moja przyszłość i teraźniejszość znajdują się w przeszłości. Jeśli nigdy nie zaznałeś bólu istnienia, nigdy nie zrozumiesz, czym jest życie nieustającą przeszłością. W moim świecie są tylko dwa czasy teraźniejsze i jeden przyszły: przeszły, przeszły i przeszły. Utknęłam wtedy, teraz i później. Czasem zastanawiam się czy szukałam, szukam i będę szukać drogi wyjścia, choć może tej wcale nie ma. Nie pytaj, nawet mnie, czym jest życie bez celu, bo tak naprawdę, to chyba nikt tego nie wie. Pewnie myślisz, że każdy ma jakieś cele i marzenia. Nie rozczaruję cię - każdy ma, o ile istnieje świadomie. Bo, wiesz czym jest istnienie nieświadome? To taki byt, w którym nie ma dokąd iść, bo tam już po prostu niczego nie ma. Człowiek jest wewnętrznie pusty. Mimo, że wciąż stara się wypełniać kolejnymi pojęciami: masochista, sadysta, perfekcjonista, altruista, socjopata, optymista, pesymista. Ale bez człowieka one nic nie znaczą, a i bez nich człowieka nie ma. Tak więc nigdy nie dogonisz własnych myśli, pragnień. Żyjesz z dnia na dzień złudnym przeświadczeniem, że przecież coś osiągasz. Tylko co? Cudze pragnienia, bezkształtne wyobrażenia. Ale człowiek nie istnieje, więc jesteś niczyj, nie należysz nawet do siebie. I tak pewnego dnia budzisz się, choć może wcale nie spałeś, i zadajesz sobie pytanie co dalej? Dalej? Tego też nie ma. Niczego już nie ma, może poza próżnią wypełnioną ignorantami i nieuformowaną masą uczuć. Ból istnienia, zdaje się być abstrakcyjnym pojęciem, skoro nie ma istnienia, nie powinno być bólu. Ale zbyt często mnie ogarnia, gdzieś tam w środku buduje swoją fortecę i degraduje mój i tak już wycieńczony umysł. Destrukcja, usłyszałam kiedyś. I od tamtej pory bardzo dobrze sobie to zapamiętałam. Mój stan mogłabym nazwać destrukcją. Ale chciałabym ją bardziej nakreślić, przypasować, umiejscowić. Przecież nie może tak wisieć nade mną jak chmura burzowa, chyba nie może. I już nie wiem czy to ja, czy ona, czy może Tamto. Więc Tamto, zdarzyło się kilka razy, pierwszego Tamto nie pamiętam. Byłam zbyt mała, albo mój proces degradacyjny objął już część wspomnień. Wszystko się czasami zamazuje. Widzę tylko zielenie, biele i drzewa, dużo drzew. Oprócz tego, szum wiatru, jakiś śpiew ptaków i coś jeszcze. Jedno uczucie, bardzo silne, jak mi moja logika sugeruje: radość. Inne rzeczy gdzieś zgubiłam. Czasem się gdzieś pojawiają, jak jakieś przebłyski. Słyszę wtedy tysiące głosów, dźwięków i czuję się tak odrealniona. Jak gdybym była w jakimś innym świecie albo jakbym to nie była ja. Sama już nie wiem. I nie wiem czym było Tamto, już nie pamiętam. Prawie nic nie pamiętam, oprócz... Mówię trzeba iść dalej. Mówię nie warto o nich wszystkich pamiętać. Tylko coraz bardziej czuję się zmęczona, tak strasznie zmęczona. Tysiące myśli na sekundę, tysiące nie poukładanych fragmentów, porozrzucanych gdzieś we mnie. Kilka nastrojów naraz. Czuję się tak jakby moje ciało więziło w sobie kilka zbłąkanych dusz. Czuję, że coraz ciężej mi oddychać, coraz gorzej mi patrzeć na twarze obcych, coraz wolniej myślę. Jestem bardzo zmęczona. Coraz częściej mam jedynie ochotę zasnąć, umrzeć.
Ta historia jest zbyt długa i nudna, bym chciała ją opisywać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)