3 października 2011

Wpis dwunasty

Koniec czegoś, to obietnica na dobry, nowy początek.

Ostatnio śniłam o różnych końcach różnych historii. Moich. Nigdy nie wiemy jak nasze życie się potoczy, kogo spotkamy na naszej drodze. Kto nas uszczęśliwi, a kto złamie nasze serca. Może jutro wylądujemy na zimnej ulicy, a może staniemy się milionerami cudzych marzeń.
Po cichu jestem milionerką. Mam miliony marzeń, których prawdopodobnie nigdy nie spełnię. Nie pytaj mnie czemu, bo sama tego nie wiem. Po prostu to czuję, tu gdzie ciało zawsze drży najczęściej.

Ostatnio myślami ciągle wracam do wielu obrazów, które powciskałam do zakurzonych kartonów. Nadziwić się nie mogę ile od tamtych chwil się pozmieniało. U nich, w naszych życiach, we mnie. Mam wrażenie, że utknęłam, że stoję gdzieś w tyle i nadal słyszę echa przeszłości, stanowczo zbyt wyraźnie. Patrzę na siebie kiedyś i patrze na siebie teraz. I co widzę? To samo zagubienie? Tę samą pustkę? Nie, widzę koniec i początek. Piękna para, tak bardzo różna, jednocześnie tak bardzo spójna. Rozpamiętuję decyzje, mniej i bardziej trudne wybory. Drogi się zamazują, dźwięki bledną. Twarze giną w odmętach czerni zapomnienia. To marzenie? Może tak, a może i nie. Przeszłość i przyszłość. Może teraźniejszość?

Wiem tylko, że coś się skończyło...
Wiem, że czas iść dalej...

Koniec czegoś, to obietnica na dobry, nowy początek.

4 września 2011

Wpis jedenasty

Wspominamy tylko to, co nigdy się nie wydarzyło.

Czasem mam wrażenie, że najpiękniejsze wspomnienia powstają w naszej wyobraźni. Dlatego tak ciężko jest nam się uwolnić od uczuć, najskrytszych pragnień. Pielęgnujemy w naszych głowach to, co sami wyhodowaliśmy. Nasz kwiat przeszłości rozrasta się, uwodzi swą okazałością, kolorem, zapachem. Jest subtelny, ale i wyrazisty. Ma w sobie tę magię, której tak bardzo nie mogę pojąć. Jest enigmatyczny, pociągający, niczym nieodkryty i dziki gatunek rosiczki. I podobnie jak ona równie zdradziecki. Chwilami nasz umysł nas zawodzi, stwarza toksyczne obrazy, tak bolesne, że mamy ochotę wyrwać je sobie z głowy wraz z korzeniami. Po tym okresie rozrostu i największego uwodzicielstwa nasz kwiat umiera. Czasem jest to naturalny bieg zdarzeń, zmieniamy się, a wraz z nami niektóre interpretacje. Ważne sprawy przestają nimi być, stają się błahostkami, niewidoczną blizną po kolcu róży. Czasem zdarza się, że ktoś odwraca naszą uwagę i zapominamy pielęgnować pewne kwiaty wspomnień. Stwarzamy nowe w naszym ogrodzie przeszłości, czasem wyrastają piękne, czasem słabe i marne. Zdarza się też i tak, że nie ma nikogo, kto by chciał odwiedzać naszego ogrodu i pobudzać swoim dotykiem płatków myśli, kogoś kto by pragnął schylić się i powąchać odrobinę tego rozkosznego zapachu przeszłości, osiadłego na pręcikach. W naszym ogrodzie wspomnień wyrasta coraz mniej kwiatów, coraz silnej czuć wiatr zapowiadający bliską pustkę. Ogród umiera, aż w końcu zamykamy go na klucz. Nie ma już niczego co moglibyśmy wspominać, stajemy się wewnętrznie puści. Przeszłość gdzieś gubi się za nami. Wtedy pozostaje czekać, aż zjawi się ktoś, może niewinna istotka, która zechce odszukać starej i zardzewiałej furtki do ogrodu. Może to ta osóbka, będzie naszym małym ogrodnikiem. Może dzięki niej ziemia odrodzi się, a promienie słonecznej nadziei będą ogrzewać młode, żywe i przepełnione blaskiem kwiaty wspomnień.

Wspominamy tylko to, co nigdy się nie wydarzyło.

19 sierpnia 2011

Wpis dziesiąty


Dziś będzie inaczej niż zwykle. Siedzę nad swoim najnowszym zdjęciem i zadaję sobie setkę pytań dotyczących tego jak bardzo się zmieniłam przez ostatnie lata, miesiące. Czy byłabym teraz tym kim jestem gdyby nie te wszystkie osoby, nastroje i wydarzenia? Nie. Byłabym kimś innym, może byłabym bardziej szczęśliwa, bo może spotkałabym lepszych ludzi. A może właśnie leżałabym w swoim łóżku zwinięta w kłębek i katowała się poczuciem winy, że tak bardzo pozwoliłam spieprzyć swoje życie, które ledwo się zaczęło. To są pytania, na które nigdy nie będzie jasnej odpowiedzi.

Patrzę na swoje zepsucie, wspominam wszystkich dobrych ludzi, bez których by mnie już tutaj nie było. Wspominam tych, przez których było mi tak wiele razy źle. Dziś nie potrafię ich nawet przekląć. Wszystkie złości, wszystkie namiętności stały się mdłe. Patrzę wstecz, na własną nijakość i marzę o tym by i przyszłość taka się nie stała. Dorosłość zaczyna mnie pożerać. Co gorsze staje się bierna, poddaję się jej. Czas głupot i niewinności mija, piasek w klepsydrze ucieka, wodny zegar przecieka. Gone, play on.


23 lipca 2011

Wpis dziewiąty

Dni, których nie mogę dogonić.

Chwile, których nie potrafię sobie przypomnieć. I to właśnie przelatuje mi przed oczami, między palcami. Każda sekunda mojego życia, każde westchnienie i echo śmiechu. Daleki obraz czegoś co się nigdy nie dopełniło. Czy i ty żyjesz wspomnieniami, których nigdy nie było? Marzeniami o lataniu na rozgwieżdżonym niebie? Snami o rozkwieconych polach skąpanych w promieniach słońca? Zapachami dzieciństwa z domu babci, pierników a może pierogów? Może i ty czujesz teraz delikatne wzruszenie, nostalgię za tamtym światem. Może i ty marzysz o tym, by choć na chwilę znów stać się dzieckiem i dotykać opuszkami palców obłoków na niebie. Może przypominasz sobie urwane wspomnienia, obrazki niczym puzzle, dziwne dźwięki i przeróżne hałasy. Barwy bogatej tęczy, intensywnie zielonej trawy, szklistej wody w strumyku za wiejskim domem. Może znów leżysz na sianie i czujesz ciepło grzejącego słońca.

A może to tylko...

Dni, których nie mogę dogonić.

2 lipca 2011

Wpis ósmy

Jesteś moim dzieckiem, moim bogiem.

I nadeszła chwila, że chcę coś napisać i nie wiem co mogłabym z siebie oddać.
Mam teraz jedno wielkie pragnienie. Spojrzeć Ci w oczy. Myślę, że z nich wyczytałabym wiele. Wiedziałabym jak bardzo mogę Ci ufać, jak wiele znosiłeś i ile razy wygrałeś. Sam ze sobą, o własne istnienie. Nawet te najmarniejsze. Wiedziałabym czy to co mówisz jest prawdą, i czy sam w to wierzysz. Nie chodzi o to, że Ci nie ufam. W gruncie rzeczy wcale Cię nie znam. Twojego głosu, Twoich oczu. Nigdy mnie nie dotknąłeś, ani nie widziałeś. Może w najdalszych snach. Ale nawet nie wiem czy Twoich czy moich. Nie wiem czy istniejesz, czy jesteś tylko moim wyobrażeniem. Tak mi bliskim, tak mi idealnym.

Bo co zrobię, jeśli i Ciebie sobie wymyśliłam? Jeśli wymyśliłam nasze rozmowy, wspólne wieczory? Co jeśli któregoś dnia wstanę i się nie pojawisz? Czy uznam to tylko za kolejne moje fanaberie? Za kolejne urojenia chorej duszy? Stęsknionej duszy. Co jeśli będę chciała wymówić Twoje imię i nagle się zorientuję, że ono nigdy nie istniało?

Niczyje myśli, plączące mi się w głowie. Tylko Ty je możesz schwycić i nazwać tak jak nigdy bym tego nie zrobiła. Tylko Ty potrafisz je zrozumieć i mi o nich opowiedzieć. Jesteś kawałkiem mnie, a może mną całym. Duszą zbłąkaną, odrętwiałą z zimna skórą na ciele. Może wypełniasz mnie sobą, swoim istnieniem i oddechem ciepłym. A może jestem w środku pusta, bez dna, w których wciąż odbija się echo Twojego życia. Niedoszłego życia.

Jesteś moim dzieckiem, moim bogiem.

16 czerwca 2011

Wpis siódmy.

Myśl przewodnia, której nie ma.

Dużo. Właśnie tyle ostatnio się zadziało. Nie miałam czasu myśleć, bo ciągle gdzieś krążyłam, coś robiłam. Dobrze mi taki ruch zrobił, bo chociaż na chwilę uwolniłam się od męczących mnie myśli, o sensie, o życiu, o bezsensie. Świat, w którym nie musiałabym myśleć byłby jednak światem okrutnym. Kompletnie nie moim, obcym i niepożądanym. Tak, akceptuję swoją fantasmagorię. Coraz mniej mi przeszkadza to uciążliwe zmęczenie wszystkim, coraz bardziej tego pragnę. Masochizm? Niewykluczone. Człowiek, który żyje w nieustannym stresie - gdy już go zabraknie - musi stworzyć sobie kolejne powody by móc się potrwożyć nad czymś. Dlatego ciągle coś sobie roję. Tego się nauczyłam, martwić się i bać się. Nawet tego czego nie ma. Przyzwyczaiłam się - tak jak córki alkoholików wybierają mężów alkoholików - wiedzą jak funkcjonować.

A może tylko poszukuję drogi?

Myśl przewodnia, której nie ma.

30 maja 2011

Wpis szósty.

Myślę, że jesteśmy przerażeni.

Znowu mam te sny. Wszystkie złe sny, które wykańczają mnie nocą. Zastanawiam się czy to tak już jest, że mój umysł płata mi figle, czy może gdzieś podświadomie obawiam się tego co tam widzę. Dużo krwi, bólu i cierpienia. I to uczucie przerażenia, tak realne i namacalne. Kiedy się budzę czuję jak serce szybko mi bije, czuję słodko-kwaśny pot gwałciciela na sobie. Chcę się wydostać z tego koszmaru. Mija chwila zanim orientuję się, że już nie śnię, że jestem bezpieczna. Przewracam się z pleców na bok, zaciskam pościel między udami i nasłuchuję szumu wiatru za oknem. Uspokajam się.
Ogarnia mnie spokój, cisza wypełnia płuca. Żyję.

Zamykam oczy, skupiam myśli na czymś przyjemnym i czuję delikatne mrowienie... Zasypiam. Nie wiem o czym śnię, jednak się nie budzę. Mijam setki ludzi, całe tłumy pełznące w betonowej dżungli. Wszyscy są anonimowi, wszyscy są obcy, wszyscy śmierdzą. Jestem w lesie lub starej kamienicy. Znowu widzę jego twarz. Jest zamazana, rysy twarzy się rozmywają, nawet nie wiem czy go znam. Rozpoznaję ten duszny zapach. Chcę uciec, ale nie mam dokąd.

Umieram. Umieram w sobie, po raz kolejny.

Myślę, że jesteśmy przerażeni.

10 maja 2011

Wpis piąty.

Wszystko, co robimy by utrzymać się przy życiu.

Można robić cokolwiek. Tylko by czuć słońce i wiatr na twarzy, może piasek lub trawę pod chłodnymi i sztywnymi stopami. To wszystko dookoła jest takie namacalne. Wszelkie kolory, zapachy i dźwięki. Patrzę na swoje grube dłonie - drżą, sama nie wiem dlaczego. Po raz kolejny próbuję opisać to co widzę i czuję. Ale znowu chyba brak mi słów. Może to nie ma najmniejszego sensu, bo może tych najistotniejszych spraw nie da się opisać, nadać im form i odpowiednich znaczeń. Może chodzi o wieczne ich poszukiwanie, a może po prostu ich nie ma. Nie wiem. Zbyt wiele rzeczy mi ucieka. Czuję taki wewnętrzny spokój, ciszę... jakby wszystko się układało we mnie. Ale to nie ma kompletnie żadnego odbicia w rzeczywistości, dalej działam chaotycznie, gram ludziom przepiękną i bajeczną symfonię na nerwach. Już nawet nic mnie nie przeraża, nawet pustka, brak czegoś lub przepełnienie. Tak nijak dziś, choć na bylejakość wcale się nie zanosi. Zbyt wiele słów, głupich i nic nie znaczących. Jak twarze. Te mijane na ulicy, w pociągu.
Pamiętam jak potrafiłam leżeć godzinami i patrzeć się w sufit na plamę w kolorze cappuccino. Ile tam widziałam! Niestworzone historie, sylwetki i cienie. Ile razy się wzruszałam smętną muzyką z głośników... ile razy powtarzałam, że to nie ja jestem beznadziejna, że to świat jest gównem. Nie wiem teraz ile z tego było prawdą, a ile sobie zmyśliłam.
Pamiętam sprzeczne słowa mojego taty... i mam w sobie tyle samo sprzecznych emocji teraz. Są rzeczy, które wracają ciągle do mnie, ciągle w mniejszym znaczeniu. Są błahe, wszystko jest błahe. Ale walczę o to wszystko, bo może spotka mnie mały uśmiech.
Pamiętam też panikę i strach. Uczucia te przykleiły się do mnie, przyssały boleśnie. Czasem wydaje mi się, że nie potrafię bez nich żyć. Tyle rzeczy sobie wymyślam. Może siebie też zmyśliłam. Moją autentyczność, moją nijakość lub wielkość. Chciałabym stanąć obok i spojrzeć obiektywnie na siebie. I zrobić kolejną głupią listę wad i zalet. A potem ją spalić, razem ze wszystkimi złymi wspomnieniami. Kręcę się w kółko. Też zauważyłeś, przypadkowy bloggerze, że piszę zawsze to samo?

Nic, co robimy by utrzymać się przy życiu.

2 maja 2011

Wpis czwarty.

Egzystencjalny bełkot, egzystencjalne nic.

Mój wewnętrzny rak gdzieś się schował. Ukrył się i wyżera tkanki warstwami. Jedna po drugiej. Moje życie wciąż blednie, albo jakieś jego fragmenty. Wciąż mam uczucie, że się powtarzam. Nudzę sama siebie, moje istnienie jest zbyt surrealistyczne. Tak jakbym miała dwa światy: ten tutaj jaki opisuję, zbuntowany i przesycony codziennym gównem. Ten, w którym nie potrafię patrzeć na siebie, bo nienawiść każe robić mi złe rzeczy. Ten bezwolny i bezkształtny, rozsypany nie wiadomo jak bardzo i nie wiadomo gdzie. Zbyt długo tkwię w mojej własnej głowie. Ale z kolei tego drugiego świata nienawidzę jeszcze bardziej. Życie ma reguły, które nie są moimi regułami, ale muszą się nimi stawać bym mogła funkcjonować, by nikt nie nazywał mnie pomyloną i nienormalną. Dualizm mnie wykańcza, moje otoczenie także. Czasem myślę sobie, że może jestem bardziej chora niż mi się wydaje, że może to wszystko dzieje się tu: w mojej głowie. Cały chaos i burdel, absurd egzystencji, absurd wszystkiego. Co dzień zadaję sobie pytanie ile jeszcze mnie czeka i ile wytrzymam zanim naprawdę nie oszaleję, zanim moje podniecenie jakie wynika z bliskości przejeżdżającego pociągu nie pęknie i w końcu nie skoczę pomiędzy te głośne i brudne, żelazne pudła. Gówno. Nic mnie nie cieszy, na okrągło myślę o śmierci, pisze wiersze w pięć minut o cierpieniu, szyderstwach i rozczarowaniu. Nie wiem gdzie to się we mnie rodzi, ani czy umiera tak jak wszystko co moje. Boję się czasem, tego co się tu dzieje, w głowie. Mam różne przebłyski i wizje, fragmenty obrazów. Dziwnych i strasznych obrazów. Dźwięki się przeplatają, myśli eksplodują. A ja nadal nic nie rozumiem.
Myślę o tym by się zakochać. Bo może skoro ja nie potrafię pokochać siebie, to może zrobi to ktoś inny. Może innym potrafię dać coś, czego nie daję sobie. Chyba bym chciała dotknąć znowu ciepłych dłoni i zapomnieć, że jestem nikim. Mam chore serce, chory umysł. Coraz więcej się rozmywa wokół i nie ma nikogo, żadnego realnego głosu, który by mnie chciał dobudzić. Chcę sensu, tylko tyle. Ale wciąż go nie ma.

Egzystencjalny bełkot, egzystencjalne nic.

3 kwietnia 2011

Wpis trzeci.

Są dni, w których znów chciałabym być dzieckiem i nic nie rozumieć.

Kiedyś naprawdę mój własny mózg mnie wykończy. To wręcz nierealne produkować tyle beznadziejnych myśli jednocześnie. Po prostu nierealne. Ostatnio nic nie robię, tylko chowam się za fałszywymi wspomnieniami, nie moimi z resztą. To koszmarne kraść czyjeś wspomnienia, prawda? Co lepsze, wspomnienia osób, które nigdy nie istniały naprawdę. Wszystko się dzieje tu, w mojej głowie. I aż huczy od różnych dźwięków i kształtów, choć i one powoli bledną. Czuję się tak jakby tych wspomnień było coraz mniej i mniej. Nie mam się już gdzie kryć. Nie mam już gdzie uciekać z własnym lękiem, strachem. Czuję jak to całe zło mnie wypełnia. Jak przelewa się, wpływa z wciąż smutnych ust. Jestem przerażona. Tak bardzo przerażona dawno nie byłam. I znów wracają do mnie złe myśli, ostateczne myśli. Chciałabym uciec, zapomnieć kim jestem, bym mogła zwyczajnie oddychać, pełną piersią. Jestem tragicznie żałosna, mój los w moich rekach. A ja nie potrafię nic z tym zrobić. Ta odpowiedzialność jest zbyt przytłaczająca, zbyt namacalna, zbyt uciążliwa. Znowu chciałabym zniknąć, wymazać z pamięci siebie. Znowu wydaje mi się, że śmierć to jedyne rozwiązanie. I znowu jestem zbyt słaba, by naprawdę umieć odebrać sobie życie. Znowu, znowu, znowu. Jestem zbyt przewidywalna, jednak za każdym razem jestem zaskoczona tym jak naiwna jestem. Że będzie dobrze, że się ułoży. I jakoś to będzie. Chciałabym być mała i nic nie wiedzieć, nie musieć podejmować decyzji, nie widzieć tego, co widzę teraz. Strachu. Lęku. Bezradności. Może gdyby nie mama, potrafiłabym umrzeć. Może gdyby nie mój masochizm... chciałabym umrzeć. Tak wiele rzeczy traci sens, tyle spraw się ze sobą przelata. Nic nie rozumiem, jednocześnie próbując wielu rzeczy nie rozumieć. Gubię się. We wszystkim.

Są dni, w których znów chciałabym być dzieckiem i nic nie rozumieć.

10 marca 2011

Wpis drugi.

Przyjaciel to osoba, dla której Twój uśmiech nigdy nie powinien gasnąć.

To niesamowite jak wielu przyjaciół możesz mieć i czuć się jednocześnie pustym i smutnym. Przynajmniej kilka razy w ciągu dnia zastanawiam się czym jest przyjaźń. Czy może jej prawidłowe wyobrażenie jest takie, jak reprezentuje tysiące osób: jest jeden prawdziwy przyjaciel i z nim chcę spędzać zawsze czas, jestem zazdrosnym o wszelkie jego inne kontakty, bo przecież on jest tylko mój. A może bardziej prawidłowe wyobrażenie, jest moje? Każdy przyjaciel jest inny, powinno się go akceptować takim jakim jest, nie ograniczać, wspierać. Ludzie są wolni, więc nie powinno się nakładać im dziwnych zobowiązań, zakazów i nakazów. Moich przyjaciół spotykam rzadko, ale wiem, że są gdzieś tam i czasem, jak tylko znajdą czas, pomyślą jak bardzo za mną tęskną i jak cudownie jest przytulić się do mnie i po prostu pomilczeć, po miesiącach rozłąki. Ich obecność obok mnie sprawia, że serce delikatnie drży z poruszenia i przejęcia: jesteś, w końcu jesteś. Bywają dni, w którym mam wielki żal do wszystkich, bo jestem tak bardzo samotna i czasem niezrozumiana. A może to po prostu ja uważam, że mnie nikt nie rozumie. Sama nie wiem. Ale są właśnie te dni, kiedy mam ochotę łapczywie zatrzymać ich przy sobie i poczuć, że ktoś potrafi mnie kochać taką dziwną, jaką nawet czasem nie potrafię być. I są osoby, które potrafią się szczerze uśmiechać i wybaczać mi moje złe myśli i podjęte decyzje. Patrzę na mijające lata i widzę kto dalej stoi ze mną ramię w ramię i boję się na myśl, że któregoś dnia oni wszyscy pójdą ścieżką, której już nie będę potrafiła odnaleźć. Albo, że pewnego dnia staniemy twarzą w twarz i to już nie będzie to samo, że coś zatraci swój sens i ciągłość, że to wszystko co razem kiedyś przeżyliśmy stanie się niczym ważnym. To przyjaciel, jak mało kto inny, nadaje wszystkiemu sens. Były osoby, które o każdej porze dnia i nocy potrafiły głaskać mnie po głowie i wycierać zbyt słone łzy z policzków. I były osoby, które tłumaczyły mi cały świat. Były osoby, które potrafiły zranić, ale mimo to, wszystko sobie wybaczaliśmy. Może to jest istotą przyjaźni: bezinteresowna miłość. Jednak z drugiej strony, może przetrwać temu uczuciu pozwala nieustający kontakt i fizyczna bliskość. Może rozmowa przez telefon nie jest tak samo ważna jak wypłakiwanie się na ramieniu? A więc może pierwsze wyobrażenie jest bardziej słuszne? Nie wiem. Czasami wydaje mi się, że nie ma obok mnie nikogo, ale wtedy zawsze przychodzi on czy ona, i śmiejąc się z czegoś czego jeszcze nie pojmuję, ściska mnie, bo dawno się nie widzieliśmy. Jak gdyby wszystkich moich myśli nigdy przedtem nie było.

Przyjaciel to osoba, dla której Twój uśmiech nigdy nie powinien gasnąć.

8 marca 2011

Wpis pierwszy.

Ta historia jest zbyt długa i nudna, bym chciała ją opisywać.

Mówią, że mamy tu i teraz. Mówią żyj chwilą. Moja przyszłość i teraźniejszość znajdują się w przeszłości. Jeśli nigdy nie zaznałeś bólu istnienia, nigdy nie zrozumiesz, czym jest życie nieustającą przeszłością. W moim świecie są tylko dwa czasy teraźniejsze i jeden przyszły: przeszły, przeszły i przeszły. Utknęłam wtedy, teraz i później. Czasem zastanawiam się czy szukałam, szukam i będę szukać drogi wyjścia, choć może tej wcale nie ma. Nie pytaj, nawet mnie, czym jest życie bez celu, bo tak naprawdę, to chyba nikt tego nie wie. Pewnie myślisz, że każdy ma jakieś cele i marzenia. Nie rozczaruję cię - każdy ma, o ile istnieje świadomie. Bo, wiesz czym jest istnienie nieświadome? To taki byt, w którym nie ma dokąd iść, bo tam już po prostu niczego nie ma. Człowiek jest wewnętrznie pusty. Mimo, że wciąż stara się wypełniać kolejnymi pojęciami: masochista, sadysta, perfekcjonista, altruista, socjopata, optymista, pesymista. Ale bez człowieka one nic nie znaczą, a i bez nich człowieka nie ma. Tak więc nigdy nie dogonisz własnych myśli, pragnień. Żyjesz z dnia na dzień złudnym przeświadczeniem, że przecież coś osiągasz. Tylko co? Cudze pragnienia, bezkształtne wyobrażenia. Ale człowiek nie istnieje, więc jesteś niczyj, nie należysz nawet do siebie. I tak pewnego dnia budzisz się, choć może wcale nie spałeś, i zadajesz sobie pytanie co dalej? Dalej? Tego też nie ma. Niczego już nie ma, może poza próżnią wypełnioną ignorantami i nieuformowaną masą uczuć. Ból istnienia, zdaje się być abstrakcyjnym pojęciem, skoro nie ma istnienia, nie powinno być bólu. Ale zbyt często mnie ogarnia, gdzieś tam w środku buduje swoją fortecę i degraduje mój i tak już wycieńczony umysł. Destrukcja, usłyszałam kiedyś. I od tamtej pory bardzo dobrze sobie to zapamiętałam. Mój stan mogłabym nazwać destrukcją. Ale chciałabym ją bardziej nakreślić, przypasować, umiejscowić. Przecież nie może tak wisieć nade mną jak chmura burzowa, chyba nie może. I już nie wiem czy to ja, czy ona, czy może Tamto. Więc Tamto, zdarzyło się kilka razy, pierwszego Tamto nie pamiętam. Byłam zbyt mała, albo mój proces degradacyjny objął już część wspomnień. Wszystko się czasami zamazuje. Widzę tylko zielenie, biele i drzewa, dużo drzew. Oprócz tego, szum wiatru, jakiś śpiew ptaków i coś jeszcze. Jedno uczucie, bardzo silne, jak mi moja logika sugeruje: radość. Inne rzeczy gdzieś zgubiłam. Czasem się gdzieś pojawiają, jak jakieś przebłyski. Słyszę wtedy tysiące głosów, dźwięków i czuję się tak odrealniona. Jak gdybym była w jakimś innym świecie albo jakbym to nie była ja. Sama już nie wiem. I nie wiem czym było Tamto, już nie pamiętam. Prawie nic nie pamiętam, oprócz... Mówię trzeba iść dalej. Mówię nie warto o nich wszystkich pamiętać. Tylko coraz bardziej czuję się zmęczona, tak strasznie zmęczona. Tysiące myśli na sekundę, tysiące nie poukładanych fragmentów, porozrzucanych gdzieś we mnie. Kilka nastrojów naraz. Czuję się tak jakby moje ciało więziło w sobie kilka zbłąkanych dusz. Czuję, że coraz ciężej mi oddychać, coraz gorzej mi patrzeć na twarze obcych, coraz wolniej myślę. Jestem bardzo zmęczona. Coraz częściej mam jedynie ochotę zasnąć, umrzeć.

Ta historia jest zbyt długa i nudna, bym chciała ją opisywać.